| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi
RSS
niedziela, 06 maja 2012
Dziewięć miesięcy po trzęsieniu ziemi, czyli epilog, cz.1

Od czasu opisanych w poprzednich wpisach wydarzeń bardzo dużo się wydarzyło. Najważniejsza jest chyba jednak wewnętrzna przemiana, jaką (wciąż) przechodzę. Proces, który sprawia, że żyję inaczej niż dotychczas, a na wspomnienie mojego wcześniejszego stylu funkcjonowania czuję niechęć. Do tego stopnia, że przez ostatnie miesiące w ogóle tu nie zaglądałem. Nie miałem na to ochoty z dwóch powodów: moje dotychczasowe życie przestało mi się podobać i czułem potrzebę odcięcia się od niego, a poza tym – co niemniej ważne – zdekonspirowałem się przed Kimś. Tak, właśnie – pozbawiłem swój „pamiętnik” ochronnego waloru anonimowości. Jak ostatnio stwierdziła Osoba Która Wie Kim Jestem, pytając mnie czy jeszcze kiedyś tu coś napiszę, przez to że tak się stało, nigdy już nie będę tu do końca szczery. Pewnie coś w tym jest, dlatego w pewnym sensie mój blog stracił rację bytu i poważnie się zastanawiałem nad jego likwidacją. Być może tak wkrótce zrobię, a być może po prostu przestanę pisać na dobre, a to co do tej pory powstało będzie w internecie wisieć jak opuszczona i zapomniana wirtualna rudera, do której nikt nie zagląda. Nie wiem. Wiem jedno – pewne etapy w życiu, pewne wydarzenia, procesy, sytuacje wymagają choćby symbolicznego ale wyraźnego domknięcia. Czegoś w rodzaju podsumowania, rozliczenia się i wewnętrznego rozrachunku z przeszłością. Nie wiem czy jestem już teraz do niego gotowy, ale wiem, że ten niedokończony, przerwany i niedomknięty pamiętnik jest dla mnie elementem braku takiego rozliczenia się ze swoim dotychczasowym życiem. Wciąż „wisi” nade mną i nawet nie myśląc o nim miesiącami mam go z tyłu głowy jako coś, czego do końca nie zamknąłem. Choćby dlatego, że obiecałem kiedyś, że jeśli stąd odejdę – napiszę to wyraźnie i pożegnam się otwarcie. Nie zrobiłem tego, po prostu nie miałem ochoty patrzeć wstecz, a zaglądanie tu byłoby dla mnie czymś takim. W pewnym sensie uciekłem stąd. Tak jak przez całe lata mojego życia uciekałem przed samym sobą, przed swoimi lękami, obawami, emocjami. Nie będzie niczego odkrywczego w stwierdzeniu, że można to robić, ale nie da się tego zrobić. Nie da się uciec przed sobą i swoimi myślami. Jestem więc tu ponownie aby postarać się – najbardziej szczerze, jak tylko będzie to możliwe – podsumować i zakończyć pewien ważny etap w moim życiu.

Wtedy, tuż po wydarzeniach z sierpnia 2011 roku, w pierwszej chwili starałem się zrobić to, co zwykle robiłem, gdy powinęła mi się noga – po pierwszym szoku próbowałem zracjonalizować sobie to, co się stało. Fakty były takie, jakie były – sytuacja była beznadziejna, nie było czego zbierać. Walenie głową w mur i płakanie nad rozlanym mlekiem nie są zachowaniami w moim stylu, w sytuacjach kryzysowych zazwyczaj myślę jeszcze bardziej racjonalnie niż zwykle, analizując sytuację i chłodno oceniając możliwe warianty. Tak też próbowałem postąpić w jednym z pierwszych odruchów, tuż po tym co się stało. Mój instynkt samozachowawczy i egoizm nakazały mi w pierwszej chwili spróbować się odciąć emocjonalnie od tego co się stało, tym bardziej że – igrając od dłuższego czasu z ogniem – nie mogłem być zaskoczony pożarem, który wznieciłem. W pewnym sensie, paradoksalnie, muszę to przyznać z perspektywy czasu – sam chciałem go wywołać. Dlaczego? Powodów było kilka. Jednym z nich było to, że podwójne życie, które prowadziłem, powodowało u mnie permanentną frustrację i wyrzuty sumienia – tym większe, im bliższa stawała mi się Osoba, wobec której byłem nie w porządku. Zaprzestanie bycia nie w porządku nie wymazywało przeszłości i nie usuwało ani wyrzutów sumienia z nią związanych, ani obaw przed jej konsekwencjami w przyszłości. Czyli – ciągła niepewność i niemożność pełnego zaangażowania się w relację, w której się jest, ciągłe asekurowanie się emocjonalne i czujność na wypadek możliwych konsekwencji ewentualnego potknięcia. Po pewnym czasie, takie „balansowanie na krawędzi” robi się tak wyczerpujące psychicznie, że zaczyna się „szarżować”. Aby się znieczulić, potrzebne są coraz silniejsze i coraz częstsze bodźce. Każdy z nich oznacza zwiększone ryzyko wpadki. Ale ryzyko to się ponosi, ponieważ bez niego sytuacja staje się nieznośnie bolesna i ze wszech miar niekomfortowa (poprzez brak znieczulenia). Zarazem jednak zwiększa ono prawdopodobieństwo doprowadzenia do sytuacji krytycznej, której teoretycznie chce się za wszelką cenę uniknąć, a która – paradoksalnie – jako jedyna jest w stanie zakończyć tę męczącą spiralę emocjonalną. Klasyczne błędne koło.

Dlaczego wtedy ponownie do niego doprowadziłem? Przecież dwa miesiące wcześniej nastąpiło symboliczne „oczyszczenie” i odpuszczenie grzechów. Ano dlatego, że mój mózg nauczył się traktować seks jako źródło znieczulających endorfin i jak to z mózgiem każdego „-holika” bywa, uzależnił się od nich. A ponieważ moje życie – po czerwcowym przesileniu i symbolicznym wybaczeniu przeszłości – nadal nie wyglądało tak, jak bym chciał, a do tego zacząłem być traktowany (i sam się tak zacząłem traktować) jak dziecko specjalnej troski, które jest pod stałym nadzorem i kuratelą, bardzo szybko zacząłem się dusić i poczułem się jak w złotej klatce. Po kilku tygodniach pozornej sielanki, pierwsze miejsce na liście moich priorytetów zajęła chęć wyrwania się z niej. Jakoś też trzeba było się znieczulić z powodu odczuwanego dyskomfortu – wynikającego zarówno z powodu przebywania w złotej klatce, jak i całej reszty mojej popieprzonej sytuacji życiowej (gł. spowodowanej komplikacjami zawodowymi, o których wspominałem mniej więcej rok temu). A jak się znieczula ktoś, kto przyzwyczaił swój mózg do bardzo szybko i skutecznie (choć krótkotrwale) działających endorfin? Pytanie retoryczne oczywiście. Konsekwencją były opisane powyżej wyrzuty sumienia, niechęć do siebie i obawa przed ponownym zranieniem bliskiej osoby – czyli kolejne powody do znieczulenia się. Nie, nie do jednorazowego znieczulenia się - do jak najczęstszego znieczulania się. Tak oto, w skrócie, doszło do ubiegłorocznego, sierpniowego przesilenia, którego – z jednej strony – się obawiałem, a które – z drugiej strony – było nieuchronne.

Kiedy więc doszło do tamtych wydarzeń, w pierwszym odruchu próbowałem zareagować tak, jak zawsze wcześniej reagowałem, gdy uznawałem, że mleko się rozlało. Na chłodno, uprzątnąwszy co było do uprzątnięcia, a całą resztę wyrzucając do śmietnika. Tym bardziej, że postępując wcześniej w określony sposób, czyli prowadząc takie życie, jakie prowadziłem, nawet jeśli się obawiałem kolejnej wpadki, liczyłem się z tym, że prędzej czy później nastąpi. I nastąpiła. Pozytywy tego, co się stało, były takie, że kończyło się życie z wyrzutami sumienia, ukrywanie się z czymkolwiek, obawa przed nakryciem i przed skrzywdzeniem bliskiej osoby. Negatywy były w zasadzie tylko dwa, ale o dużo większym ciężarze gatunkowym i wykraczające poza moje własne ego: skrzywdziłem oddaną mi, bliską Osobę (i to w niewyobrażalnie bolesny sposób) i bezpowrotnie Ją straciłem. Pierwszy szok, który przeżyłem wtedy, po tym co się wydarzyło, polegał u mnie na odcięciu emocji i na próbie maksymalnej racjonalizacji sytuacji. Dopiero gdy minął, odblokowały się uczucia. Zaczął we mnie narastać przemożny żal i rozpacz z powodu tego co się stało. Czując, że wszystko stracone, byłem zrozpaczony tym bardziej. Na żadne „standardowe” znieczulenia nie miałem ochoty, czułem do nich wręcz obrzydzenie. Jedynym ujściem dla tego wszystkiego co wówczas czułem, był ten pamiętnik – stąd tamte trzy sierpniowe wpisy, zatytułowane w nieco patetyczny, ale w pełni odzwierciedlający mój stan ducha, sposób. Kiedy je pisałem, czułem coś w rodzaju ulgi. Niestety – znów chwilowej. Kiedy skończyłem pisać, cały ból wrócił ze wzmożoną siłą. Nieznośną, niczym nieznieczuloną, przejmującą mnie do głębi. Pisanie spełniło swoje zadanie i nie było w stanie przynieść dalszej ulgi, a wbrew temu co sądziłem w pierwszych, zablokowanych emocjonalnie godzinach, inne sposoby też nie wchodziły w grę. Istniał tylko jeden – skrajnie nieprawdopodobny, wręcz beznadziejny i skazany na porażkę  sposób na przeżycie tego co się stało i uratowanie zdrowych zmysłów. Pojechanie do Niej i – mimo wszystko – podjęcie rozpaczliwej próby naprawienia tego, co zniszczyłem... cdn.

guilt

piątek, 19 sierpnia 2011
Jak sięgnąłem dna i straciłem wszystko, czyli mój ostateczny i totalny upadek, cz.3

Ostatnie dni spędzone razem były przez większość czasu cudowne, poza drobnym zgrzytem w postaci sprawdzenia mojego telefonu – mimo, że mieliśmy już tego nie robić – i odkrycia w nim jakichś dwóch niezidentyfikowanych SMSów (miesiąc wcześniej, na Jej prośbę, wykasowałem wszystkie „kobiece” kontakty z aparatu). Nie wynikało z nich w zasadzie nic podejrzanego ale po prostu były i zaniepokoiło to moją Ukochaną do tego stopnia, że po cudownym wspólnym wieczorze, znów się ode mnie trochę odsunęła i zrobiła się nieprzyjemna atmosfera. Obydwoje jesteśmy bardzo empatyczni i wrażliwi na wzajemnie wysyłane sygnały emocjonalne, więc ja też na to zareagowałem gorszym nastrojem i w ten sposób obydwoje się od siebie na jakiś czas odsunęliśmy. Zrobiła się taka nonsensowna ale bardzo nieprzyjemna i męcząca dla nas obydwojga huśtawka nastrojów. Następnego dnia udało się to jakoś pokonać i atmosfera między nami znów niby zaczęła się poprawiać ale obydwoje byliśmy już trochę tym wszystkim zmęczeni i wzajemnie nieufni (oczywiście to Ona miała ku temu większe powody niż ja).

Niestety mam taki feler, że jestem czasem przewrażliwiony emocjonalnie, zwłaszcza w relacjach z najbliższymi. Jeśli coś mnie zaniepokoi, zazwyczaj reaguję dystansem, odsuwam się i zamykam w sobie. Dla osoby o podobnej wrażliwości i empatii jest to bardzo nieprzyjemne. Mając tego świadomość, nie chciałem przedłużać tej chłodniejszej atmosfery między nami i starałem się niczego nie okazywać. Trochę zdusiłem swój nastrój w sobie, trochę doszedł mi mój stały – „dyżurny” wręcz – stres związany z moją nieciekawą sytuacją finansowo-zawodową. I wtedy, po dwóch dniach wymuszonego spokoju, zrobiłem się znów nieznośny. Wróciło moje zniecierpliwienie i oschłość. Moja Ukochana źle to zniosła i postanowiła dać mi od siebie odpocząć, przenosząc się do rodziny (która, jak już wspominałem, mieszka w moim mieście). Uświadomiwszy sobie swoje egoistyczne zachowanie, zacząłem się mitygować i starałem się ją udobruchać ale nie miałem na to zbyt wiele czasu bo musiałem w pewnym momencie wyjść na ważne spotkanie z prawnikiem. Rozstaliśmy się więc w średniej atmosferze. Jej było przykro, ja miałem kaca moralnego i byłem podenerwowany. Po spotkaniu z prawnikiem nadal się tak czułem i właściwie największą ochotę miałem na jak najszybsze zobaczenie mojej Dziewczyny ale uznałem, że tez dam Jej od siebie odetchnąć. Z jednej strony czułem, że nie mogę Jej traktować w taki rozchwiany sposób i w godzinę po naszym niezbyt przyjemnym pożegnaniu się, gdy dopiero co dojechała do swojej rodziny, wyciągać jej stamtąd, z drugiej zaś – chciałem w pełni ochłonąć i poprawić sobie nastrój. I niestety wybrałem w tym celu najgorszy sposób z możliwych.

Chciałem się szybko odstresować. Uznałem, że jednorazowe skorzystanie ze starego sposobu w niczym mi nie zaszkodzi. A co odstresowuje seksoholika gdy jest spięty? Wiadomo. Wykonałem telefon do znajomej studentki, którą poznałem wiele miesięcy wcześniej i z którą od czasu do czasu spotykałem się wyłącznie w jednym celu i to w wariancie ekspresowym. Miała tę cechę, że nigdy mi nie odmawiała, nawet po wielu tygodniach niekontaktowania się z nią, a poza tym seks z nią był szybki i całkowicie niezobowiązujący. Zazwyczaj nawet nie rozmawialiśmy. Nasze spotkania nigdy nie trwały dłużej niż kwadrans i zawsze zapominałem o nich zaraz po zamknięciu przez nią za sobą drzwi. Czasami zdarzało mi się nad nią zastanowić i do dziś nie mogę się nadziwić dlaczego ładna i chyba niegłupia blondynka akceptuje bycie panienką do bzyknięcia na telefon (napisałem „niegłupia” dlatego, że coś tam pamiętam z pierwszego spotkania przed wieloma miesiącami, na którym jeszcze rozmawialiśmy). Był to jednak na tyle wygodny i niezobowiązujący „układ”, że zatrzymałem go sobie „na czarną godzinę”. No i przedwczoraj ta czarna godzina nadeszła. Jak się okazało, była dla mnie „czarna” pod każdym możliwym względem. Znajoma studentka o nic nie pytała i tradycyjnie bez szemrania zgodziła się do mnie wpaść. Umówiliśmy się na 21.15, więc wiedziałem, że o 21.30 będzie już po wszystkim. Tak też się stało i wszystko uszłoby mi na sucho (poza moją własną świadomością zdrady), gdyby moja Ukochana nie zadzwoniła do mnie o 21.00. Chciała porozmawiać o tym co się między nami wydarzyło i chciała powiedzieć mi, że było Jej z tym źle. Przeprosiłem Ją raz jeszcze za wszystko ale w moim głosie słychać było napięcie wynikające z wyrzutów sumienia z powodu mojej zaplanowanej za kilka minut zdrady, a do tego niepokój, że za kilka minut u moich drzwi rozlegnie się dźwięk dzwonka, z którego ciężko byłoby mi się wytłumaczyć. Nawet telefonicznie. I właśnie to napięcie w głosie, w trakcie rozmowy telefonicznej, zdemaskowało mnie.

Doskonale wyczuwająca mnie pod każdym względem moja Ukochana, zaniepokojona tym co usłyszała w moim tonie, natychmiast wsiadła w samochód i postanowiła złożyć mi niezapowiedzianą wizytę. Nie wiem czy minęła studentkę, która wychodziła ode mnie po trwającym niespełna kwadrans spotkaniu, na schodach, czy też dotarła chwilę wcześniej i słysząc, że ktoś jest u mnie, zaczekała pod moimi drzwiami, chcąc zobaczyć kto z nich wyjdzie. W każdym razie kilka sekund po zamknięciu się drzwi za studentką, weszła do mnie naładowana emocjonalnie tym czego była świadkiem. Niestety, to co zobaczyła, naładowało ją z pewnością jeszcze bardziej. Ponieważ, jak już wspomniałem, ze znajomą studentką zazwyczaj nawet nie rozmawialiśmy poza witaniem i żegnaniem się, schemat był zawsze taki, że po wszystkim ona się ubierała, poprawiała makijaż przy lustrze, całowała mnie w policzek i wychodziła. Ja w tym czasie – chcąc uniknąć wymuszonych pogawędek – nie towarzyszyłem jej. Zostawałem w sypialni, leżąc nago na łóżku. Ubierałem się zawsze dopiero po zamknięciu za nią drzwi. Tak też zamierzałem zrobić i tym razem. Niestety, jak już wspomniałem, kilka sekund po wyjściu studentki, drzwi się otworzyły i weszła nimi moja Ukochana. Zastając mnie całkowicie nagiego w łóżku. Tzn. już nie w łóżku bo widząc co się dzieje, wyskoczyłem z niego. Ale nadal byłem w stroju Adama. Nie muszę chyba mówić jak to wyglądało. W tej sytuacji obydwoje byliśmy tak zszokowani, że nie bardzo wiedzieliśmy co powiedzieć. Padło tylko pytanie: „Kim ona jest?”, na które odpowiedziałem może dość głupio ale całkowicie zgodnie z prawdą: „Nikim”. Nie wiem ani jak ma na nazwisko, ani co studiuje, ani kim tak właściwie jest. Była dla mnie nikim. Ja dla niej zapewne również. Łączyło nas tylko spotykanie się na szybki seks. W przeszłości i ten jeden jedyny raz – teraz. O jeden raz za dużo.

Nie jestem w stanie pisać bólu, rozczarowania i zawodu jaki zobaczyłem na twarzy i w oczach mojej Ukochanej. Kilka godzin wcześniej, przed moim gorszym nastrojem, powiedziała mi, że zaczyna się przy mnie znów dobrze czuć i jest jej znów dobrze. Potem przyszła moja niczym niesprowokowana oschłość i nakrycie mnie w sytuacji, której nie dało się w żaden sposób obronić ani wytłumaczyć. Cierpienie jakie spowodowałem było tak ogromne, że wymierzyła mi siarczysty policzek, po którym zrobiło mi się ciemno przed oczami i wykrzyczała mi w twarz: „Nienawidzę cię!”. Po czym wyszła.

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nie usprawiedliwia mnie nawet to, że seksoholizm to choroba. Czuję się podle i nienawidzę się za to co zrobiłem. Nie dość, że zniszczyłem największą Miłość mojego życia – której przecież tak długo szukałem – to jeszcze potwornie skrzywdziłem i zraniłem Kobietę mojego życia. Najbliższą mi Osobę. Nie czas i nie miejsce na rozczulanie się nad sobą i na wypisywanie co teraz czuję. To mój ból i będę z nim musiał żyć. I będzie to moja największa kara...

moody

Jak sięgnąłem dna i straciłem wszystko, czyli mój ostateczny i totalny upadek, cz.2

Pierwsze tygodnie „na nowej drodze” minęły wręcz sielankowo. Byłem szczęśliwy, że odzyskałem moją Ukochaną i niesiony tą euforią byłem gotów przenosić góry. Żadna przeszkoda nie wydawała się już problemem. Pamiętając o konieczności terapii, poszliśmy na konsultację do psychiatry/seksuologa, któremu szczerze wszystko opowiedziałem. Okazało się jednak, że mój problem nie leżał w sferze kompetencji leciwej już pani doktor, która jednak była na tyle miła, że nie wzięła pieniędzy za spotkanie i zaleciła jak najszybszą terapię u dobrego specjalisty, którego jednak należało znaleźć samemu. Nie mając rozeznania w jakiejś dziedzinie, szukanie optymalnych rozwiązań przypomina trochę loterię. Na tej zasadzie trafiłem do kolejnej – tym razem psycholożki – która przez całe spotkanie robiła skrzętnie notatki, a po nim zaproponowała zapisanie się na terapię u swojej młodszej koleżanki (biorąc pieniądze za swój czas). Wraz z moją Ukochaną, która przez cały ten czas była przy mnie, uznaliśmy jednak, że powinniśmy szukać dalej. Zależało nam na znalezieniu doświadczonego terapeuty a nie osoby początkującej w tej dziedzinie, choćby była najbardziej utalentowana. I tak w końcu trafiłem do bardzo utytułowanego psychoterapeuty i psychoanalityka, superwizora rekomendowanego przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Odbyliśmy dwie 45 minutowe sesje, w trakcie których opowiadałem o sobie, po których została mi zaproponowana psychoanaliza. Miała polegać na częstych, regularnych spotkaniach (4 razy w tygodniu), czas trwania był bliżej nieokreślony ale zostałem uprzedzony, że to może trwać bardzo długo (co najmniej rok, może dwa). Dodatkowo mój superwizor szczerze mnie uprzedził, że nie może zagwarantować żadnego pozytywnego efektu takiej psychoanalizy. Innymi słowy, jej celem miałoby być poprawienie jakości mojego życia i wyjście z dręczących mnie problemów psychicznych ale trwałoby to bardzo długo i nie ma żadnej gwarancji, że tak się stanie. Biorąc to wszystko pod uwagę i zważywszy na fakt, że ostatnio wróciły do mnie problemy finansowe, dałem sobie z tym spokój. Miesięczny koszt takich spotkań wynosiłby ok. 1.500,- zł., co w mojej obecnej sytuacji jest niestety nie do przyjęcia. Zwłaszcza przy niepewnym i odległym w czasie rezultacie.

Mimo wszystko wiary w siebie dodawał mi fakt, że bardzo zależało mi na Nas i naprawdę nie chciałem nic złego robić. Niestety ta nadmierna pewność siebie zgubiła mnie. Dała mi złudne poczucie bezpieczeństwa, które sprawiło, że uwierzyłem, iż problem jest praktycznie pod kontrolą i wystarczy moja silna wola aby nic się nie stało. Najpierw zacząłem się dusić psychicznie w nieswoim mieście, w obcym otoczeniu, na nieswoim gruncie. Gdy dwukrotnie przyjechaliśmy do mojego mieszkania na kilka dni po rzeczy, uświadomiłem sobie, że wcale nie chcę się stamtąd wyprowadzać. Zadecydowały trzy kwestie: przyzwyczajenie, poczucie bezpieczeństwa jakie dawały mi moje „stare śmieci” w niepewnej sytuacji życiowej w jakiej się znalazłem oraz uświadomienie sobie braku perspektyw zawodowych w mieście mojej Ukochanej. Ona też uwierzyła w poprawę mojego stanu i zgodziła się na zmianę naszych planów. Postanowiliśmy mieszkać na razie razem w dwóch miejscach, u Niej i u mnie. Ponieważ ja mieszkam w większym mieście, uznaliśmy że obydwoje będziemy mieli większe możliwości na moim terenie i stopniowo zamierzaliśmy się całkowicie przenieść do mnie. Niestety wtedy zaczęły dawać znać drzemiące we mnie demony. Najpierw zmęczyło mnie ciągłe kontrolowania mnie (sprawdzanie telefonów, komputerów, i różnych zakamarków w mieszkaniu), a potem doszło moje poczucie ograniczonej przestrzeni życiowej. Po tym co się wydarzyło i czego się o mnie dowiedziała, miała pełne prawo być wobec mnie nieufna i doskonale rozumiem to, że potrzebowała się ciągle upewniać, sprawdzając mnie raz na jakiś czas. Zacząłem się z tym źle czuć. Mimo, że ją rozumiałem i wiedziałem z czego to wynika, było to dla mnie całkowite pogwałcenie mojej prywatności oraz intymności. Z jednej strony nie chciałem niczego przed Nią ukrywać i chciałem dać Jej poczucie bezpieczeństwa oraz odbudować nadszarpnięte zaufanie, z drugiej zaś zacząłem się coraz bardziej męczyć dość częstymi „rewizjami’, którym byłem poddawany. W efekcie zacząłem czuć ulgę gdy byłem sam w domu (a ona np. szła do pracy czy do rodziców) i zaczęło mnie męczyć tak częste przebywanie we dwoje. Niestety zacząłem Jej to okazywać. Przestałem być ciepły i kochany, zamiast tego zacząłem być coraz częściej chłodny i zniecierpliwiony. Doprowadziłem do tego, że moja Ukochana poczuła się przy mnie zagubiona, a przebywając na moim terytorium, poczuła się niemile widziana i „bezpańska”. Na szczęście w moim mieście ma bliską rodzinę i gdy doszło do pierwszej tego typu sytuacji, natychmiast spakowała się i przeniosła do nich. Wtedy mieliśmy pierwszy poważniejszy zgrzyt od naszego pojednania. Byłem na tyle głupi (albo podświadomie przewidujący to co nastąpi), że gdy po dwóch dniach obustronnego milczenia spotkaliśmy się aby poważnie porozmawiać, niemal sam nie odszedłem, tłumacząc to swoim „brakiem gotowości” do tak bliskiej relacji. Widziałem jak było jej wtedy przykro ale nie powstrzymywała mnie. Wręcz przeciwnie – była znów wyrozumiała i nie tylko nie uniosła się dumą, sama ze mną kończąc (co, wobec takiej postawy z mojej strony, w pełni mi się należało) ale dała mi do zrozumienia, że uszanuje każdą moją decyzję, zarazem pozwalając mi poczuć, że nadal mnie kocha i wciąż chce Nas razem. Rozmawialiśmy wtedy przez wiele godzin, najpierw w restauracji a potem – po zamknięciu knajpy – w Jej samochodzie. Był taki moment, że już prawie podjąłem decyzję o odejściu i prawie dotykałem klamki w drzwiach auta, wychodząc z niego na zawsze. Wtedy jednak uświadomiłem sobie, że poddając się tak łatwo i rezygnując z walki o Nas, też w pewien sposób Ją i Nas zdradzam. Zdrada nie musi być fizyczna, nie musi oznaczać pójścia z kimś innym do łóżka. To także nielojalność wobec bliskiej osoby, sprawienie je zawodu, zaniedbanie jej i... opuszczenie. Ona mnie nie opuściła w dużo gorszym dla siebie momencie, zrobiła wszystko aby o Nas walczyć. A ja? Chciałem zostawić Kobietę, którą kocham z powodu chwilowego wewnętrznego zawahania, nieistotnego dyskomfortu wynikającego z moich starokawalerskich przyzwyczajeń i wątpliwości, które mnie ogarnęły. W tym momencie się zreflektowałem. Zamiast wyjść, powiedziałem że wcale nie chcę tego robić oraz że ją kocham i przepraszam za wszystko.

Tamtej nocy zeszło z nas prawie całe nagromadzone wcześniej napięcie. Spędziliśmy kilka absolutnie cudownych dni i nocy. Poczuliśmy obydwoje, że jesteśmy ze sobą szczęśliwi i że wszystko między nami może być tak jak byśmy chcieli. Po paru dniach moja Ukochana wyjeżdżała na 3 dni do siebie a ja miałem grzecznie na Nią czekać. I niestety, coś mnie podkusiło, żeby zareagować na SMS od jakiejś nieistotnej znajomej, poznanej kilka tygodni wcześniej. Zaproponowała kawę a ja się zgodziłem. Byłem głodny, więc i tak wybierałem się do miasta coś zjeść, w związku z czym zaproponowałem wspólny późny lunch. Samo spotkanie było dość nieciekawe, w jego trakcie miałem to fajne uczucie, że nie mam ochoty ani tej osoby podrywać ani się do niej zbliżać, a moja Kobieta jest od niej nieporównywalnie bardziej interesująca pod każdym względem. Grzecznie dotrwałem jednak do końca obiadu, po czym z niemałą ulgą zakończyłem spotkanie. Traf chciał, że widziała nas koleżanka mojej Dziewczyny. I nie omieszkała jej o tym fakcie poinformować. Gdy 3 dni później moja Ukochana przyjechała znów do mnie, pierwszą rzeczą jaką zrobiła, było zapytanie mnie czy kiedy jej nie było, spotkałem się z jakąś kobietą. W pierwszej chwili zapomniałem o tamtym lunchu i odruchowo zaprzeczyłem. Gdy zaczęła dopytywać, uważnie mi się przyglądając, przypomniałem sobie o nim ale przestraszyłem się jej podejrzliwości, wiedząc zarazem, że pogłębię ją nagle sobie przypominając o jakimś spotkaniu i kręcąc. Ponieważ nic innego nie miałem „na sumieniu”, ponownie zaprzeczyłem. Tym razem jednak było to kłamstwo, ponieważ już miałem świadomość, że jakieś spotkanie miało jednak miejsce. Nie wiedziałem o tym, że jestem zdekonspirowany a zadawane mi pytania miały służyć przede wszystkim sprawdzeniu mojej szczerości, prawdomówności i uczciwości. I niestety nawaliłem. Patrząc jej w oczy, kolejny raz okłamałem ją.

Wszystko co wypracowaliśmy do tej pory, całe ciepło i odbudowywane mozolnie zaufanie, runęło w jednej chwili jak domek z kart. Kobieta, która chciała mi ufać i uwierzyć we mnie wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, kolejny raz się mną rozczarowała. Kolejny raz ją okłamałem. Niestety, jak się okazało, nie była to najgorsza rzecz jaką mogłem zrobić. Najgorsza miała się wydarzyć tydzień później, gdy po dwóch dniach walki o Nią, pisania dziesiątek SMSów w wyjaśnieniami i zapewnieniami o mojej miłości, znów – tym razem na zasadzie dania mi ostatniej szansy i całkowicie warunkowo – wróciła do mnie, dając Nam jeszcze jedną, ostateczną szansę na bycie razem...

Cdn.

liar

Jak sięgnąłem dna i straciłem wszystko, czyli mój ostateczny i totalny upadek, cz.1

Do przedwczoraj mogłem się łudzić i oszukiwać, że jestem facetem na jako takim poziomie, mającym swoje wady ale sensownym, w miarę mądrym życiowo, inteligentnym i uczciwym. Po tym co się wydarzyło, pasują do mnie wyłącznie zaprzeczenia powyższych cech. Jestem durniem, skończonym idiotą i nieuczciwym, zakłamanym skurwielem. Zrobiłem coś, co mnie kiedyś złamało serce i zraniło boleśnie na całe życie. Zrobiłem to najwspanialszej, najbardziej oddanej, najmądrzejszej i najuczciwszej wobec mnie Kobiecie, jaką w życiu spotkałem. Kobiecie, która nie zniechęciła się do mnie, mimo wielu powodów, które sam jej wielokrotnie dałem, która we mnie wierzyła i pokochała mnie taką miłością, o jakiej zawsze marzyłem. Której zaufanie wielokrotnie zawiodłem i już dawno powinna była mnie kopnąć tam gdzie należało mnie kopnąć a Ona mimo wszystko tego do tej pory nie zrobiła. Co ja zrobiłem w zamian? Zanim to opiszę, zacznę od wydarzeń sprzed niespełna 2 miesięcy.

Przez cały bieżący rok – mimo wielu różnych, opisywanych tu przygód – spotykałem się wciąż z „90% ideałem”. Była mi coraz bliższa emocjonalnie, niesamowicie się ze sobą zżyliśmy ale im bliższa mi się stawała, tym większe czułem wyrzuty sumienia z powodu moich notorycznych zdrad. Ona traktowała naszą znajomość jak poważny związek, jak bycie razem i budowanie czegoś, a od pewnego czasu (od wiosny) jak wielką miłość. Ja zaś miałem do tego, co było między nami ambiwalentny stosunek. Z jednej strony była mi coraz bliższa, z drugiej – czując się wobec niej nie fair i mając świadomość, że na tak chorych podstawach, na jakich to budowałem, ten związek nie może przetrwać i tylko kwestią czasu jest jego zawalenie się z wielkim hukiem, asekurowałem się emocjonalnie i odsuwałem psychicznie od niej. Efekt był taki, że pozwalałem sobie wobec niej na czułość ale zaniedbywałem ją totalnie w łóżku. Nie byłem w stanie się przełamać, przemóc i rozluźnić na tyle, żeby uprawiać z nią seks. Mimo, że czułem, że ona tego chce i potrzebuje. Była przy tym cudownie, niesamowicie delikatna i cierpliwa, nie wywierając na mnie żadnej presji. Wiedziała, że przechodziłem trudny okres w sprawach zawodowych, potem – w trakcie krótkiego epizodu z nowym pracodawcą – też było nerwowo, więc mój stres był uzasadniony. A ona cierpliwie czekała, zadowalając się samą moją obecnością, kontaktem i czułością. Rósł w niej niepokój i wątpliwości ale zarazem rosła miłość i nadzieja, więc sama sobie nie pozwalała na negatywne myśli. Chciała ze mną być, chciała naszej miłości, chciała Nas. A ja w tym czasie robiłem wszystko to, co tu opisywałem plus parę nieopisanych rzeczy. Była dla mnie ciepłą, bezpieczną przystanią, do której zawsze mogłem zawinąć po codziennych zawieruchach i na którą zawsze mogłem liczyć. Jesteśmy z różnych miast więc przez ostatni rok przyjeżdżała do mnie na weekendy (przedłużane w miarę możliwości), natomiast w dni powszednie mieliśmy kontakt telefoniczny. I to właśnie wtedy szalałem, znieczulając swoje bóle egzystencjalne w taki sposób, że pieprzyłem dziesiątki mniej lub bardziej beznadziejnych dziewczyn, z którymi nic innego mnie nie łączyło i z którymi czasem nawet mi się nie chciało gadać. W weekendy odgrywałem rolę przykładnego, porządnego i grzecznego faceta, spędzaliśmy je wspólnie – bardzo grzecznie, niestety – natomiast w dni kiedy byłem sam, prowadziłem swoje drugie życie. Życie seksoholika. I pewnie jakiś czas jeszcze by to trwało, moja Ukochana – mimo wielkiego temperamentu, który posiada – cierpliwie czekałaby aż pokonam zły okres w życiu i zacznę się z nią znów kochać, gdyby nie pewne nieprzewidziane wydarzenie.

Któregoś popołudnia, gdy sama chodziła po sklepach, podeszła do niej dziewczyna – prawdopodobnie jedna z opisanych tu na blogu przed kilkoma miesiącami. Kilka dni wcześniej widziała nas gdzieś razem, a ponieważ „90%” jest piękną Kobietą, łatwo została zapamiętana i gdy została zauważona ponownie, tym razem beze mnie, moja była kochanka podeszła do niej. Wyjaśniła, że widziała ją w moim towarzystwie a ponieważ ma o mnie nienajlepsze zdanie, postanowiła ją o swoich spostrzeżeniach poinformować. Okazało się, że wtedy, przed kilkoma miesiącami, mniej więcej w tym samym czasie co z nią, spałem też z jakąś jej koleżanką. Oprócz tego chyba trafiła tutaj, na mojego bloga i rozpoznała się w jednym z wpisów bo informacji na mój temat miała dużo więcej (jestem prawie pewien, że to była weirdo). O czym nie omieszkała poinformować osłupiałej początkowo „90%”, która najpierw nie chciała tego wszystkiego słuchać ale gdy zobaczyła jakieś zachowane SMSy ode mnie, zainteresowała się całą historią. Dowiedziała się wystarczająco dużo, żeby zorientować się jak wyglądały miesiące naszego związku i kim okazał się jej ukochany. W pierwszej chwili górę wzięły emocje. Gdy do mnie przyszła, zrobiła mi karczemną awanturę, z płaczem powiedziała mi, że to koniec, zabrała swoje rzeczy i wyszła. Początkowo wszystkiego się wyparłem ale potem uznałem, że należy jej się ode mnie przynajmniej szczerość i kilka dni później, przez telefon, do wszystkiego się jej przyznałem. Także do tego, że jestem chorym człowiekiem – seksoholikiem, który nie radzi sobie ze swoim problemem. Dla nas obydwojga była to ulga. Wyczułem ją też w jej głosie gdy powiedziała, że chce mi pomóc. Spotkaliśmy się na neutralnym gruncie i odbyliśmy długą, szczerą i bardzo emocjonalną rozmowę w trakcie której raz jeszcze do wszystkiego się przyznałem i szczerze wyznałem, że sam siebie oszukiwałem wypierając problem, z którym przyszło mi żyć. Seks stał się dla mnie środkiem znieczulającym a nie elementem budującym więź emocjonalną z kobietą. Stał się zaprzeczeniem tej więzi i mógł mieć miejsce tylko wtedy gdy jej nie było. Jej powstawanie doprowadzało do jego zaniku.

Ponieważ  „90%” przez kilka tamtych dni bardzo dużo czytała na ten temat, wiedziała że z tym problemem człowiek nie jest w stanie sobie sam poradzić i jak w przypadku każdego uzależnienia, niezbędna jest terapia. Powiedziała mi o tym, dając mi do zrozumienia, że jeśli zdecyduję się na taką terapię to ona będzie przy mnie i mi w tym pomoże. Jeśli zaś mamy jeszcze kiedykolwiek myśleć o byciu razem to muszę zrezygnować całkowicie ze swojego dotychczasowego życia, mieszkania (wynajmuję) i chorego świata, a zamiast tego przeprowadzam się do Niej (inne miasto). Biorąc pod uwagę moje perturbacje zawodowe opisane w poprzednim wpisie, nie miałem nic do stracenia. Zgodziłem się. Tym łatwiej, że poczułem jak mi na Niej zależy a zarazem ogarnęła mnie błoga  fala ulgi i radości na skutek niespodziewanego wybaczenia. Po tym  wszystkim co zrobiłem, nie tylko nie zostałem skreślony ale wręcz przeciwnie - moja Ukochana chciała mi pomóc. Wyjechaliśmy do Niej...

Cdn.

downfall

sobota, 11 czerwca 2011
Konsekwencje asertywności i siła uprzedzeń, czyli znów pod wozem...

Właśnie dobiegła końca moja krótka przygoda (jak się okazało) z nowym pracodawcą. Główny szef – ten, który mnie zatrudnił – od początku nie ukrywał, że wszyscy odradzali mu współpracę ze mną, łącznie z jego wspólnikami. Żaden z nich nie znał mnie osobiście ale wszyscy słyszeli na mój temat jakieś plotki i byli mi bardzo niechętni. Ponieważ głos decydujący miał jednak on, a jego plotki nie obchodziły i opierał się na swoim wyczuciu co do mnie oraz wrażeniu jakie na nim zrobiłem w kontakcie bezpośrednim, rozpoczęliśmy współpracę. Bardzo krótką, jak się okazało (2 miesiące). W jej trakcie, kilkakrotnie musiałem neutralizować różne uszczypliwości, złośliwości i prowokacje wspólników mojego szefa ale w imię wyższego dobra byłem cierpliwy i bez większego problemu udawało mi się to (poza stresem i irytacją, które odczuwałem). Mój główny pracodawca był tego wielokrotnie świadkiem (maile – do wiadomości) ale miał strategię niewtrącania się i obserwowania tego wszystkiego z boku. Interweniował tylko raz, gdy – wkurzony absurdalnymi zarzutami jego wspólników pod moim adresem o jakieś nieistotne bzdury – napisałem do jednego z nich ironicznie złośliwego maila, podważającego jego kompetencje i dającego mu do zrozumienia, że podlegam w pracy tylko głównemu szefowi. Niestety wtedy ten główny się wtrącił, zajmując stanowisko lojalne wobec swojego wspólnika (co było w sumie do przewidzenia) i dał mi jasno do zrozumienia, że jestem w błędzie (kopia do wiadomości tamtego). Uświadomiłem sobie wtedy, że nie będę mógł liczyć na żadną lojalność z jego strony w toczącej się przeciwko mnie wojnie podjazdowej. Wkrótce boleśnie się o tym przekonałem.

Oprócz prac kreatywno-koncepcyjnych, którymi się zajmowałem, do moich obowiązków należało też koordynowanie wdrażania efektów tych prac. Wszystko szło bardzo dobrze, szef był bardzo zadowolony (co potwierdził nawet w naszej ostatniej rozmowie, informującej mnie o końcu naszej współpracy), ale koordynując rzeczy, którymi się zajmowałem, musiałem zarządzać pewną grupą ludzi. Nie mam z tym żadnego problemu, wiem że robię to dobrze – jestem zwolennikiem łagodnej stanowczości i konsekwencji w działaniu. Nie toleruję natomiast chamstwa i obraźliwych zachowań. Tak się złożyło, że kilka dni temu jedna z osób trzecich, niezadowolona z mojej decyzji – będącej wynikiem wskazówek jakie otrzymałem od moich przełożonych – zareagowała wobec mnie w sposób obraźliwy. Ponieważ temperamentu ani asertywności mi nie brakuje, zareagowałem stanowczo i dość ostro. Być może zbyt ostro, moim zdaniem – adekwatnie do zaistniałej sytuacji. Sęk w tym, że jej świadkiem był jeden ze wspólników mojego szefa, taki z którego zdaniem musiał się liczyć z pewnych względów najbardziej. Ponieważ jest to taki typ człowieka, który uważa, że wobec wszystkich obcych należy być miłym, a intrygi snuje za plecami – oburzył się moim zachowaniem, naskarżył na mnie i zażądał stanowczo pozbycia się mnie. Najwyraźniej postawił głównego szefa pod ścianą, stawiając mu jakieś ultimatum wobec mnie, bo kilka dni później (główny) zakomunikował mi decyzję o zakończeniu naszej współpracy w związku z tamtą sytuacją. Ponieważ nie był jej świadkiem i znał ją tylko z relacji tamtego, opowiedziałem mu swoją wersję i widać było, że czuje się niezręcznie, rozumiejąc że nie mogłem zareagować inaczej, niemniej jednak decyzję podtrzymał, dodając tylko – dla mojej satysfakcji – że był z naszej krótkiej współpracy bardzo zadowolony i szczerze żałuje, że tak szybko musi się ona zakończyć. Niestety siła uprzedzeń i niechęci wobec mnie okazała się zbyt duża i nawet on musiał wobec niej ulec.

Wracam więc do punktu wyjścia, ten epizod traktuję jako przygodę, która na pewien czas pozwoli mi stanąć na nogi finansowo, a w międzyczasie będę się musiał znów za czymś rozejrzeć. Przykro mi, że tak wyszło ale mam czyste sumienie. Nie zrobiłem niczego złego, a w sytuacji, w której ktoś mnie obraża – zawsze będę reagować. Bez względu na to czy jest to klient, szef, wspólnik szefa, czy zupełnie obca osoba. Wolę być biedny, niż stracić godność i szacunek do samego siebie. Dla większości osób jestem człowiekiem trudnym, wiem o tym. Ale nie dlatego, że mam obiektywnie trudny charakter. Dlatego, że mam charakter silny i bardzo asertywny. Większość ludzi była wychowywana przy pomocy „kija” i sama stara się ten „kij” później stosować wobec innych. A na mnie to nie tylko nie działa, ale wręcz przeciwnie – wywołuje we mnie bardzo ostre i stanowcze reakcje pacyfikujące próby takich zachowań wobec mnie. Co się wtedy dzieje? Jestem uznawany za „trudnego” i jestem przez większość nielubiany. Na ogół się mnie boją i omijają szerokim łukiem, ale gdy tylko nadarzy się okazja – chętnie rzucą we mnie kamieniem albo oplują. Najchętniej z ukrycia i za plecami. Lubią mnie tylko ci nieliczni, którzy rozumieją co to znaczy godność i sprawiedliwość. I sami postępują w życiu wg tych zasad. Rozumieją, że na niektórych ludzi metoda „kija” nie działa. Za to bardzo dużo można osiągnąć metodą "marchewki”...

againstwall

środa, 11 maja 2011
Odkrywanie kolejnych kart, czyli szerszy kontekst...

Cóż za dziwne uczucie… wyrzuty sumienia z powodu zaniechania pisania bloga. I z powodu zaniedbania kilku nieznajomych osób, które – być może – zaglądają tu z mniej lub bardziej życzliwego przyzwyczajenia. Zazwyczaj nie przejmuję się nieznajomymi, choć – jak szczerość, to szczerość – przyznam, że aż tak wielkim cynikiem, za jakiego wiele osób uważa (i jakim być może chciałbym czasem być), nie jestem, w związku z czym mam tę słabość, że jeśli nabiorę do kogoś pozytywnego stosunku emocjonalnego, to trudno mi potraktować tę osobę obcesowo. Od razu dodam, że wobec obcych (nieznajomych), a już tym bardziej wobec nieprzyjaciół, nie mam z tym żadnego problemu. Życzliwość – jak się okazuje, nawet wirtualna – okazywana choćby w formie zwykłego zainteresowania polegającego na poświęceniu paru chwil, żeby tu zajrzeć, wywołuje we mnie coś w rodzaju reakcji zwrotnej – pewnego długu wdzięczności, którego nie jestem w stanie zignorować. Dużo prościej byłoby mieć Was – czytających te słowa i zaglądających tu od czasu do czasu – gdzieś (wiadomo gdzie). Niestety najwyraźniej nie jestem w stanie. I choć mój stosunek do moich własnych zapisków uległ pewnej przemianie, ku mojemu zaskoczeniu, to miejsce chodzi mi po głowie nie z powodu tego co do marca było główną siłą napędową, dla której dokonywałem kolejnych wpisów, ale z powodu Osób, które – nie pisząc ani słowa – zaniedbałem. To trochę pokrętne, wiem. Niemniej jednak, prawdziwe.

Moje zaniedbanie mojego własnego pamiętnika wynika z tego, że – w pewnym aspekcie auto-psychoterapeutycznym – przestał mi on być potrzebny. Nie, nie... nie spotkałem miłości swojego życia i nie stałem się statecznym monogamistą, nie w tym rzecz. Stało się coś innego. Coś co dotyczy tej sfery mojego życia, o której do tej pory praktycznie nic nie pisałem i której nadal nie chciałbym za bardzo rozwijać. Mojej pracy i tego wszystkiego co dla każdego dorosłego, samodzielnego człowieka z niej wynika, czyli poczucia niezależności, spełnienia, samooceny, a przede wszystkim – najbardziej podstawowej rzeczy jaką jest poczucie bezpieczeństwa (szeroko rozumiane). Brzmi to dość enigmatycznie, a zarazem banalnie i aby wyjaśnić o co mi chodzi, musiałbym dużo o sobie napisać w tym kontekście, a nie chcę tego robić. Sytuacja dojrzała jednak do tego, żeby i z tym tematem się tu zmierzyć, przynajmniej w symboliczny sposób.

W skrócie powiem, że przez ostatnie lata tkwiłem w dość trudnej – pod wieloma względami patowej wręcz – sytuacji zawodowej i życiowej. Moja sytuacja była na tyle skomplikowana, a zarazem nietypowa, że teraz – bez podania kilku szczegółów charakteryzujących ją – nie jestem w stanie tego w sposób zrozumiały wyjaśnić. Owych szczegółów z kolei nie chcę podawać – ze względów osobistych. Są na tyle charakterystyczne, że gdyby trafił tu ktokolwiek, kto kiedykolwiek się o mnie w swoim życiu „otarł”, mógłby się bardzo szybko domyślić kim jestem. A chronienie mojej prywatności jest dla mnie – nie tylko tutaj – wartością nadrzędną. Dlatego proszę o wybaczenie z powodu enigmatyczności moich wyjaśnień, a zarazem pozwolę sobie być pewnym tego co napisałem powyżej i teraz powtórzę: przez kilka ostatnich lat żyłem w niezwykle trudnej sytuacji życiowej. Z pewnych względów straciłem możliwość realizowania się w tym, w czym realizowałem się wcześniej i w czym byłem dobry, a do tego – zostałem wizerunkowo zlinczowany na skalę wykraczającą poza moją branżę. Jeden błąd, który zdarzyło mi się kiedyś popełnić w pracy, został wyolbrzymiony do granic absurdu przez nieżyczliwych mi ludzi. Przypisano mi przy tym motywacje, które były dla mnie całkowicie dyskwalifikujące zawodowo i pod wieloma względami również życiowo. Skala ataku i moje wrodzone poczucie godności, które nie pozwala mi się zniżać wobec kuriozalnych oskarżeń – przez co nie prostuję ich, a ignoruję – sprawiły, że moje całe życie wywróciło się do góry nogami. Zostałem oskarżony o rzeczy, których nie zrobiłem, nie miałem ani ochoty, ani przede wszystkim możliwości tego sprostować, zaczął działać klasyczny „głuchy telefon” plus efekt domina i po jakimś czasie z człowieka docenianego, spełnionego i dobrego w tym co robi, stałem się banitą i zawodowym pariasem. Siła tego mechanizmu i specyfika branży, w której funkcjonowałem, sprawiła że przeszło to również w znacznym stopniu na moją sferę prywatną i życie osobiste, które zaczęło się walić i w pewnym momencie praktycznie legło w gruzach. Mówiąc wprost, stałem się niemile widziany zarówno w moim środowisku zawodowym (czytaj: nikt nie chciał mieć ze mną nic wspólnego), jak i w życiu prywatnym (czytaj: większość dotychczasowych znajomych nie miała ochoty na tak „obciachowe” towarzystwo jakim się w dość krótkim czasie stałem i zrezygnowała z dalszego utrzymywania kontaktów ze mną, a nowo poznawane osoby – nawet jeśli na początku były mną zainteresowane, prędzej czy później trafiały na wiadra pomyj wylane na moją głowę i uznawały, że nie mają ochotę się brudzić).

Przez pewien czas nie miałem z czego żyć, bo poza tą dziedziną, w której byłem dobry i w której się spełniałem do tamtej pory, nic innego nie umiałem robić, a zaczynanie wszystkiego od zera na zmywaku albo jako kelner, nie wchodziło w grę (przy całym szacunku dla ciężkiej pracy kelnerek i kelnerów). Żyłem więc z topniejących w błyskawicznym tempie niewielkich oszczędności, aż w końcu znalazłem sobie pewien rodzaj własnej działalności gospodarczej, który na jakiś czas pozwolił mi stanąć na nogi. Kilka chybionych inwestycji, nieuczciwi ludzie, na których trafiłem po drodze i moja sytuacja materialna znów sięgnęła dna. Dodam, że wtedy już od kilku lat byłem w „dupie” życiowej – zarównozawodowej, jak i towarzysko-prywatnej. Moja samoocena była wtedy wystawiona na bardzo poważną próbę i gdyby nie fakt, że była bardzo wysoka, a przy tym oparta na naprawdę zdrowych podstawach, być może nigdy bym się nie podniósł. Było tak źle i tak długo to trwało, że większość ludzi na moim miejscu zaczęłaby pić, ćpać, albo skończyłaby ze sobą. Problem nie polegał tylko na tym, że znajomi się ode mnie odwrócili i że straciłem pracę. Polegał na tym, że w dziedzinie, w której miałem cokolwiek do zaoferowania, nikt nie chciał mieć ze mną nic wspólnego, w żadnej innej na podobnym poziomie nie miałem nic do zaoferowania, a zaczynać od zera nie chciałem, bo wiedziałem, że psychicznie były to dla mnie koniec. Życiowo, prestiżowo i materialnie stałem się gołodupcem i pariasem. Jedyne co mnie trzymało przy zdrowych zmysłach i jako takim samopoczuciu, była moja wysoka samoocena. Brzmi banalnie, ale taka jest prawda – nie miałem nic oprócz szacunku do samego siebie i świadomości własnej wartości. Świat się ode mnie odwrócił i miał mnie w dupie, a ja – na przekór temu – postanowiłem się nie dać i przeczekać zły czas. Problem polegał niestety na tym, że nie były to tygodnie ani miesiące – zrobiły się z tego lata. Moja samoocena potrzebowała jakichś bodźców, żeby się utrzymać na jako takim poziomie, a moja codzienność nie była uprzejma tych bodźców dawać. Postanowiłem wtedy sam ich poszukać – na przekór wszystkiemu. Pracy nie miałem, moje życie prywatne było w rozsypce, znajomi się ode mnie odwrócili – musiałem naprawdę szybko coś znaleźć, żeby nie zwariować.

Taką rzeczą okazały się dla mnie damsko-męskie „podboje”. Niestety często bywała to broń obosieczna, bo z jednej strony „udana” znajomość dostarczała mojemu mózgowi odpowiedniej porcji endorfin i reanimowała moje podupadające poczucie własnej wartości, ale z drugiej strony – czasami zdarzało mi się trafiać na jakieś kompletne nieporozumienia,  które nie tylko nie pomagały, ale wręcz pogarszały moje samopoczucie. Stąd moje gorzko-złośliwe wpisy z początków tego bloga. Potrzebowałem więc czegoś więcej, czegoś innego – czegoś na moim poziomie, co pozwoliłoby mi wyrzucić z siebie wszystkie przepełniające mnie myśli, żale i refleksje, a zarazem czegoś, nad czym miałbym pełną kontrolę. Czymś takim stał się dla mnie ten blog. I głównie na tym polegał jego walor auto-psychoterapeutyczny. Pisząc go – odreagowywałem. Odreagowywałem oczywiście też chodząc do łóżka z różnymi kobietami, ale potrzebowałem czegoś więcej – odreagowania intelektualnego. Wyrzucenia z siebie nie tylko napięcia psychicznego i emocjonalnego, ale także przepracowania pewnych procesów, przeżyć i obserwacji – wyrzucenia ich z siebie w formie zwerbalizowanej. Z oczywistych względów nie mogłem praktycznie z nikim o tym wszystkim, o czym tu opowiedziałem, porozmawiać, więc postanowiłem pisać. I bardzo mi to pomogło. Były miesiące, w których bardzo tego pisania potrzebowałem, w niektórych okresach robiłem to bardziej z rozpędu, przyzwyczajenia. Tak czy inaczej, pisanie tutaj pomagało mi – tak samo jak uwodzenie kobiet – nie myśleć o moim podstawowym problemie życiowym, jakim było uwięzienie w klatce uprzedzeń, nieporozumień, wrogości i niemocy.

I nagle, dwa miesiące temu – ktoś wyciągnął do mnie rękę. Nie przejął się plotkami na mój temat tylko postanowił zaufać swojemu wyczuciu co do mnie. Dostałem bardzo ciekawą propozycję pracy – nie tylko atrakcyjną finansowo, ale przede wszystkim wykorzystującą mój potencjał i idealnie odpowiadającą mi swoim rodzajem i sposobem zorganizowania. Jestem typem wolnego ptaka i człowiekiem niezależnym psychicznie, mówiąc wprost – jestem indywidualistą. Nie odnalazłbym się nie tylko na zmywaku, ale też w żadnej korporacji. Korporacje zabijają te cechy ludzkie, które uważam za jedne z ważniejszych i piękniejszych (poczucie wolności, indywidualizm, nieskrępowana kreatywność), a eksponują te, którymi gardzę – chorą miedzyludzką integrację na siłę i za wszelką cenę (tzw. pracę zespołową), zawiść, małostkowość, donosicielstwo, rywalizację „po trupach”, pracoholizm. Praca tam jest – z mojego punktu widzenia – psychicznie i emocjonalnie wyjaławiająca: smutna, przygnębiająca (mimo pozornie „fajnych” imprez integracyjnych, szkoleń, wyjazdów służbowych i zbiorowego duszenia się we własnym, korporacyjnym sosie) i nigdy nie chciałbym wejść w jej tryby. Propozycja, którą dostałem daje mi pełną wolność, samodzielność i możliwość takiego zorganizowania sobie pracy jak chcę i gdzie chcę. Nie musząc czegoś robić na siłę, a chcąc to robić – człowiek daje z siebie dużo więcej. Nie ukrywam więc, że trochę się w tę nową pracę zaangażowałem. Co nie zmienia faktu, że czas na różne dotychczasowe przyjemności mam nadal. Nie mam jednak już na szczęście tej bolesnej pustki czasowej wokół siebie – tej zbyt wielkiej ilości wolnego czasu, której nie mogłem wypełnić konstruktywnie zawodowo, więc wypełniałem pseudo-konstruktywnie – emocjonalnie i seksualnie – poznając nowe kobiety i chodząc z nimi do łóżka. A od półtora roku, także pisząc bloga. Był mi on potrzebny aby przetrwać i nie zwariować. I spełnił swoje zadanie. Teraz już – w tym względzie – potrzebny mi nie jest. Jeśli będę go dalej pisać, to dla czystej przyjemności...

bookstore

piątek, 25 marca 2011
Powrót po dłuższej przerwie...

Ostatni miesiąc był u mnie dość napięty zawodowo (ale o tej części mojego życia nie zamierzam tu pisać), natomiast w sferze prywatnej – z jednej strony byłem trochę zajęty psychicznym wsparciem niedoszłej matki mojego dziecka, a z drugiej żyłem sobie tak jak lubię, czyli albo spędzałem czas sam ze sobą (wspominałem już, że bardzo mi odpowiada moje własne towarzystwo?), albo umawiałem się na zapoznawcze kawy z nowo poznawanymi kobietami. Z niektórymi znajomości się rozwinęły, z większością nie. Robię się coraz bardziej wybredny psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie, a co za tym idziecoraz rzadziej mam ochotę się wysilać. Od razu dodam – nie mam tu na myśli wysiłku intelektualnego, tylko wręcz przeciwnie, wysiłek psychiczny, żeby nie przesadzić z asertywnością przy napotkaniu kolejny raz mielizny intelektualnej. A ponieważ tutaj nie mam zamiaru się powstrzymywać, kolejny raz napiszę to, na co już kilkakrotnie zwracałem uwagę – większość kobiet to idiotki. Oczywiście, żeby nie było wątpliwości – to samo dotyczy facetów, ale ponieważ z oczywistych względów nie poznaję ich tylu co kobiet, a poza tym tylko płeć przeciwna znajduje się w zakresie moich bliższych poszukiwań i relacji intymnych, więcej obserwacji mam na temat kobiet niż mężczyzn i większą irytację budzi we mnie karkołomność związana ze znalezieniem kogoś na sensownym poziomie wśród tej właśnie płci. Na szczęście poznałem w życiu kilka mądrych i niezwykle inteligentnych kobiet, bo gdyby nie to, mógłbym sam zgłupieć i popadłbym w mizoginizm. Swoją drogą, tak już zupełnie szczerze zagłębiając się w siebie, zastanawiam się na ile już zdążyłem w niego popaść, a na ile jestem jeszcze tym ufnym, otwartym i optymistycznie nastawionym do świata człowiekiem, którym byłem i za którego lubię się wciąż uważać. Sądzę, że te proporcje są płynne, w zależności od życiowego momentu, w którym jestem. Obawiam się, że ostatnie doświadczenia chwilowo przechyliły szalę w tę nieciekawą stronę.

Wracając jednak do wydarzeń minionych tygodni, jeśli chodzi o dziewczynę, która straciła dziecko, bardzo źle i ciężko to wszystko przeżyła. Najpierw poszła na długie zwolnienie lekarskie i przez prawie miesiąc praktycznie nie wychodziła z domu. Nie chciała nikogo widzieć, ani z nikim rozmawiać – także ze mną. Wyłączyła telefon i w pierwszym okresie tej żałoby nie było z nią żadnego kontaktu. Jej adresu nadal nie znam, kwestia ewentualnych odwiedzin pojawiła się po kilku tygodniach, gdy udało mi się ją złapać na komunikatorze internetowym. Sama opóźniała jakikolwiek kontakt ze światem, bo fatalnie się czuła zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Najpierw nie chciała z nikim rozmawiać, a potem – gdy zaczęła już rozmawiać ze mną – nie chciała mi się pokazywać w tym stanie. Mając świadomość delikatności sytuacji i naturalnych etapów przez jakie trzeba przejść, będąc w żałobie – a ona z całą pewnością w niej była – początkowo nie nalegałem na nic i po prostu od czasu do czasu starałem się mieć z nią kontakt, dopytując o to jak się czuje i czy czegoś nie potrzebuje. Po pewnym czasie zauważyłem jednak, że etap rozpaczy się już zakończył. Zaczęła się jednak pogrążać w apatii, bojąc się wyjść do ludzi i wrócić do normalnego życia. Ponieważ mam świadomość tego jak ważna i pomocna jest w takich chwilach jest codzienna rutyna i prozaiczne, ale regularne obowiązki, zacząłem ją namawiać do powrotu do pracy. Mimo, że fizycznie czuła się już od jakiegoś czasu dobrze, w ogóle nie chciała o tym rozmawiać. Jedyne na co miała ochotę to sen. Sam wiem, że rany psychiczne często goją się dużo dłużej niż fizyczne, a taka zwiększona potrzeba spania oznacza w takich sytuacjach nie lenistwo, a zły stan psychiczny i trwający proces dochodzenia do siebie. Pozwoliłem jej więc na to przez jakiś tydzień, po czym wróciłem do tematu – tym bardziej z dużo większym uporem i stanowczością. Nie było to łatwe, ponieważ niezależnie od tego co się stało, tak czy inaczej nie lubiła swojej pracy i nie chodziła do niej nigdy z przyjemnością (mimo, że jak na swój wiek pełni dość odpowiedzialne stanowisko i jest doceniana w tym co robi). W końcu jednak przekonałem ją do powrotu do codzienności i do świata – wróciła do pracy. Spotkaliśmy się też i było w miarę miło i normalnie. Poza tym, że kilka razy dała mi do zrozumienia, że tym czego teraz najbardziej potrzebuje jest... dziecko. Kolejne. Starałem się to traktować w kategoriach żartu i udawałem, że nie zauważam jej aluzji zmierzających do stworzenia sytuacji, która mogłaby do tego doprowadzić. Ponieważ jednak chciałem żeby się lepiej poczuła psychicznie, starałem się być jak najbardziej miły i ciepły. Nie musiałem się specjalnie wysilać, bo wzbudzała we mnie szczere i jak najcieplejsze emocje. Głównie opiekuńczość i czułość, co nie do końca było dla niej wystarczające, niemniej jednak tylko tyle mogłem jej zaoferować. Wiedziałem, że tej desperacji w pragnieniu dziecka nie zamierzam ponownie zaspokajać. I mimo, że nasze spotkanie zakończyło się w ciepłej i miłej atmosferze, musiała się czuć z tego powodu dość mocno zawiedziona, ponieważ kilka dni później poinformowała mnie, że rzuciła pracę i wyprowadza się do miasta, z którego pochodzi. Uważam to za duży błąd, ale na tym etapie – gdy tyle razy z nią wcześniej rozmawiałem i wyjaśniałem na spokojnie różne rzeczy, a ona mimo wszystko zrobiła coś tak radykalnego – zrozumiałem, że znów nic nie mogę zrobić. I co zrobiłem? Nic. Nie zareagowałem. Uważam, że w życiu trzeba umieć czasem pewne rzeczy, pewne emocje, relacje, uczucia, znajomości... odcinać. W przeciwnym razie problem będzie się pogłębiał, osobie z danym problemem i tak nie będziemy w stanie pomóc, a dalsza znajomość z nią stanie się coraz bardziej toksyczna. Nie warto zostawać niczyim zakładnikiem emocjonalnym, bo zawsze będzie to skwapliwie wykorzystywane. Niestety nie w sposób w jaki byśmy chcieli – czyli po to, aby pomóc komuś, kto ma problem – tylko w taki sposób, aby osoba z tym problemem mogła, kosztem kogoś, kto chce jej pomóc, odreagować na chwilę. Po czym wszystko wróci do punktu wyjścia, a źródło problemu pozostanie nienaruszone. Czasami trzeba komuś pozwolić upaść, ponieważ tylko w ten sposób może się odbić od dna. Reasumując, znajomość z niedoszłą matką mojego dziecka uważam za zakończoną.

O moich kilkunastu pierwszych kawach, na których byłem w ciągu ostatniego miesiąca, nie chce mi się pisać. W większości były albo bardzo nudne, albo średnio nudne. O trzech nowych dziewczynach, z którymi wylądowałem w łóżku – również pisać nie będę. Historie są w sumie dość podobne do tych, które opisywałem wcześniej. Dwie z tych znajomości już się zakończyły, jedna jeszcze trwa, ale nie jest na tyle interesująca, żebym miał jakiekolwiek złudzenia, że coś poza miłym seksem z tego będzie. Tęsknię za relacją, w której mam komfort bycia rozumianym, a zarazem bycia zainteresowanym. We wszystkich możliwych sferach, a nie tylko w jednej. I niech to będzie odpowiedź na ewentualne wątpliwości, czy jestem jeszcze w stanie połączyć uczucia i emocje, czy jestem w stanie kimś się zainteresować, a potem coś do tej osoby poczuć – coś wykraczającego poza powierzchowną sferę emocji. Już to parokrotnie pisałem, ale powtórzę: dopóki nie spotkam osoby, która ma wystarczająco dużo do zaoferowania w wielu ważnych dla mnie sferach – nie ma o czym mówić. Do kogo mam coś głębszego poczuć? Do kogoś, kto mnie nie pociąga, albo nie interesuje? Nonsens. A nawet jeśli znajdzie się ktoś kto mnie zarówno pociąga, jak i zainteresuje, to fajnie by było jeszcze mieć przy tej osobie poczucie bezpieczeństwa, czuć się swobodnie i samemu być przez nią podobnie odbieranym. A to tym trudniejsze, im więcej samemu ma się do zaoferowania i co za tym idzie – im więcej się samemu potrzebuje do szczęścia...

P.S.

Czasami ogarnia mnie zniechęcenie i wzrasta poziom mojego cynizmu. Przez ostatnie tygodnie borykałem się właśnie z takim stanem. Wiele rzeczy wydało mi się nagle „bez sensu”, w tym także moja blogowo-pamiętnikowa auto-psychoterapia. Obecność kilku Osób, którym mimo wszystko chciało się tu w międzyczasie zaglądać i których nie zraziło moje długie milczenie, jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Przyznaję, że byłem bliski decyzji o zakończeniu pisania bloga, ale po pierwsze – obiecałem kiedyś, że nie zrobię tego bez pożegnania, a po drugie – doceniam i jestem wdzięczny za możliwość wymiany myśli, jaką dzięki niemu mam. Zwłaszcza z kilkoma Osobami spośród Was, które w dziwny sposób – zważywszy na okoliczności – polubiłem i szanuję. To jeden z głównych powodów, dla którego jestem tu ponownie.

boredom

środa, 16 lutego 2011
Gdy nic więcej nie można zrobić...

Kolejny raz okazało się, że los jest przewrotny. To, na co jeszcze niedawno liczyłem, gdy stało się realne, wcale mnie nie ucieszyło. Mnie samego zadziwia, że zacząłem chcieć tego dziecka. Mimo, że nic się nie zmieniło w kwestii moich uczuć do kobiety, która miała je urodzić, mimo że wiedziałem, że z nią nie będę. Niemniej jednak wiedziałem, że jest ciepłą, dobrą, szczerą, uczciwą – do granic naiwności – osobą. A przy tym bardzo inteligentną babką. I nie zamierzam w tym miejscu wchodzić w polemiki ze zgryźliwymi sceptykami, którzy – nie znając jej – będą to kwestionować na podstawie tego, że się zaangażowała w znajomość ze mną i że obdarzyła mnie uczuciem (co zapewne zdaniem niektórych, głupich osób, jest oczywistym dowodem wykluczającym jakąkolwiek inteligencję). W przeciwieństwie do nich, znam ją i wiem, co mówię. A nieczęsto jestem aż tak dobrego zdania o kimś. Sypianie ze sobą nie ma tu nic do rzeczy. Uczucia, którymi się obdarza taką, a nie inną osobę, tym bardziej. Znając ją już dość dobrze i wiedząc o niej to wszystko co zdążyłem poznać, a zarazem widząc jej niezwykłe oddanie i poświęcenie, z jakim chciała uratować tę ciążę, uświadomiłem sobie, że byłaby cudowną matką dla mojego  dziecka. Mimo, że całkowicie nieplanowanego. Wiedząc już co nieco o życiu, znając przypadki ludzi, którzy mimo rozstania, świetnie się sprawdzają jako rodzice i nawet nie będąc razem, potrafią dać dziecku miłość, poczucie bezpieczeństwa i takie wychowanie, jakiego wiele dzieci z pozornie udanych rodzin mogłoby im tylko pozazdrościć, przewartościowałem swoje spojrzenie na tę kwestię. Zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli nie będziemy razem jako para, możemy być parą przyjaciół, wychowujących wspólnie dziecko. Wspólnie nie w sensie mieszkania razem, tylko w kwestii współdecydowania o dziecku, obustronnego dawania mu ciepła i miłości, a od czasu do czasu – także wspólnego spędzania czasu. Nawet wtedy, gdy w przyszłości obydwoje ułożymy sobie nasze życia z innymi partnerami.

Dodatkowym czynnikiem, choć nie tym, który zadecydował o zmianie przez mnie zdania, było to, co już opisywałem, czyli niezwykle silne wrażenie jakie zrobiła na mnie swoim niezłomnym pragnieniem tego dziecka. Mimo, że jej nie kocham, naprawdę ją lubię, szanuję, jest mi bliska i w pewnym momencie przestałem po prostu mieć ochotę na pozbawienie jej tego, czego tak bardzo pragnęła. Mimo, że w oczywisty sposób dotyczyło to również mojego życia i miało je w nieodwracalny sposób zmienić. Nie tylko rozczuliła mnie swoim zaangażowaniem i poświęceniem w obronę ciąży, ale też autentycznie wzruszyła mnie, gdy ją zobaczyłem. Biedną, smutną, zbolałą i wycieńczoną.

Kilka dni później okazało się, że była już wtedy dość poważnie chora. Były to początku zapalenia oskrzeli, z podejrzeniem zapalenia płuc. Nie chciała mojej pomocy, więc wtedy gdy to wszystko się działo, nie wiedziałem o tym. Niezareagowanie na moją próbę kontaktu kilka dni po naszym spotkaniu, złożyłem na karb jej gorszego nastroju. Niewiele mogłem zrobić, ponieważ miesiąc wcześniej wynajęła nowe mieszkanie i nie znałem jej aktualnego adresu. Mogłem więc tylko dzwonić od czasu do czasu i czekać. W końcu się doczekałem. Wczoraj. Wtedy też o wszystkim się dowiedziałem.

Choroba, której początki mogłem obserwować w czasie naszego spotkania, bardzo szybko się rozwinęła. Ze względu na ciążę, nie mogła przyjąć antybiotyków i przez kilka dni strasznie się męczyła z czterdziestostopniową gorączką. Było bardzo źle. Do tego stopnia, że kolejnego dnia nasilającej się gorączki i naprawdę ciężkiego stanu, zabrało ją pogotowie. Nieprzytomna trafiła do szpitala. A tam doszło do tego, czego tak bardzo się obawiała. I czego od niedawna, ja również zacząłem się obawiać. Poroniła.

Nie było mnie wtedy przy niej, więc mogę sobie tylko wyobrazić jak ciężko to przeżyła. Wiem tylko, że gdy rozmawiałem z nią telefonicznie wczoraj, kilka dni po tym co się stało, była wciąż w fatalnym stanie. W bardzo złym stanie fizycznym – cała obolała i osłabiona, na bardzo silnych antybiotykach i środkach przeciwbólowych – i w jeszcze gorszym stanie psychicznym. Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu zdarzyło mi się słyszeć głos kogoś aż tak załamanego i przybitego. Głos całkowicie zmieniony i niepodobny do tego, który znałem. Cichy, drżący i potwornie smutny. Choć „smutek” nie jest w tym miejscu najbardziej adekwatnym określeniem. Dużo bardziej odpowiednie byłoby słowo: rozpacz.

Nie da się oczywiście porównać jej i mojego stosunku do tej ciąży, nie zamierzam więc porównywać tego co sam czułem, do jej uczuć. Kiedy jak kiedy, ale w tym momencie moje emocje były całkowicie nieistotne. Oprócz szczerego smutku i współczucia, poczułem coś, czego strasznie w życiu nie lubię. Poczułem bezradność...

helpless

środa, 09 lutego 2011
O aborcji, nietolerancji, zmienności uczuć i bezradnej miłości...

Kwestia dopuszczalności aborcji jest jedną z poważniejszych różnic światopoglądowych między ludźmi. To bardzo trudny temat i gdyby nie sytuacja, w której się znalazłem, nie podnosiłbym go tu. Zdaniem radykalnych przeciwników aborcji, jest ona zawsze i bez względu na okoliczności, niedopuszczalna. Są gotowi zabronić jej nawet zgwałconej kobiecie, bo ich zdaniem ma ona mniejsze prawo do decydowania o swoim ciele – czyli także o tym, czy ma ono odżywiać i chronić znajdujący się wewnątrz zarodek – niż oni sami, zmuszając np. do donoszenia ciąży kobietę, która jej nie chce. Ich zdaniem, takie samo prawo do ochrony ma narodzony, czujący i myślący człowiek oraz jedna komórka (zygota jest komórką powstałą w wyniku zapłodnienia). Celowo dopuściłem się tu pewnej przesady, zrównując traktowanie ukształtowanego człowieka z zygotą, mimo że mam oczywiście świadomość tego, iż postać jednokomórkową ma ona bardzo krótko i ulega kolejnym podziałom, przyjmując formę wielokomórkową, a po pewnym czasie przekształca się w organizm ludzki. Chodzi o uwypuklenie tego absurdu, traktującego jako człowieka – coś co nim dopiero będzie, ale wg tzw. „obrońców życia” jest nim już od momentu poczęcia. Skoro od poczęcia, to od momentu powstania zygoty.

Kłania się tu nierozwiązywalny problem, od którego momentu życia zarodka/płodu, można mówić o nim jako o człowieku. Zdaniem katolików i ortodoksyjnych przeciwników aborcji, od chwili zapłodnienia. Zdaniem osób nieco mniej radykalnych, nieco lub znacznie później. Osobiście nie traktuję czegoś co nie ma nawet istniejącego układu nerwowego, w związku z czym nie tylko nie myśli, ale i z całą pewnością nic nie czuje, jako człowieka. Ani na równi z człowiekiem. Obecność samych organów (ani tym bardziej ich zaczątków), nie czyni automatycznie człowiekiem zarodka, ani płodu. Można tu przywoływać wiele porównań, np. do człowieka z martwym mózgiem – wobec którego lekarze stwierdzają zgon lub do różnych form larwalnych u innych organizmów (kijanka nie jest żabą, a gąsienica nie jest motylem – mimo, że się nimi później staną), ale to dość makabryczne i nieadekwatne argumenty. Jest to fundamentalny problem światopoglądowy i zdaję sobie sprawę, że nikt myślący w sposób podobny do mojego (czyli rozgraniczający moment stania się przez płód człowiekiem na to, w którym momencie wykształca się u niego układ nerwowy) nigdy nie przekona skrajnego przeciwnika aborcji, uważającego iż człowiekiem jest się od momentu poczęcia.

Wątłym kluczem do ewentualnego „zawieszenia broni” w tej sprawie, mogłoby być wzajemne szanowanie swoich, różniących się, poglądów i nieatakowanie się z ich powodu (coś na zasadzie symbiozy wiary i nauki, w kwestii pochodzenia i powstania człowieka). Niestety radykalizm „obrońców życia” i ich sposób myślenia, uniemożliwiają tolerowanie odmiennego sposób myślenia u innych, ponieważ usunięcie ciąży – nawet na etapie kilkunastodniowego i kompletnie niewykształconego zarodka – utożsamiają oni z morderstwem. W tym momencie próba jakiegokolwiek dialogu się kończy i zaczynają się na ogół inwektywy. Z tego powodu, jest to jeden z niewielu przypadków w życiu, w którym dyskusja nie ma sensu. Należy po prostu zignorować krzykaczy i zrobić to, co uważa się za słuszne. W Polsce można skorzystać z nielegalnego – na skutek utrzymywania niebezpiecznej fikcji, jaką jest ustawa antyaborcyjna – ale bardzo łatwego do znalezienia podziemia aborcyjnego, ewentualnie można bez większego problemu skorzystać z legalności aborcji w innych krajach europejskich.

Szkoda tylko, że antyaborcyjne oszołomy nie zrozumieją nigdy, że przez swoje poglądy, skazują wiele kobiet na powikłania na skutek niefachowo dokonywanych aborcji, a wiele niechcianych, ale mimo wszystko narodzonych dzieci – na samotność i koszmar życia z obcymi, często tragicznie je traktującymi ludźmi. Nie lubię generalizowania, więc nie będę twierdzić, że wszystkie domy dziecka, ani tzw. rodzinne domy dziecka są koszmarem, ale zdarzają się. Rozmawiałem w życiu z kilkoma osobami, które wychowywały się w takich miejscach i wspominają to strasznie. Ale wiem, wiem, przeciwnicy prawa do aborcji powiedzą teraz, że najważniejsze jest to, że ci ludzie żyją. Oczywiście, skoro się już urodzili, myślą i czują – są normalnymi, ukształtowanymi ludźmi, obecnie nikt ich nie zamierza prawa do życia pozbawiać. Czym innym jest jednak możliwość decydowania o prawie do usuwania lub nieusuwania niechcianej ciąży przez rodziców takich ludzi, na etapie prenatalnym. Pomijając już, że mniej byłoby wówczas nieszczęśliwych dzieci, a później – zaburzonych dorosłych, lepiej byłoby ukierunkowywać to zaangażowanie przeciwników prawa do aborcji, na edukację seksualną i na coś niemniej ważnego – na skuteczną walkę z patologiami społecznymi, przez które mamy tak wielu, wspomnianych już, zaburzonych dorosłych. Bez takiej „pracy u podstaw”, będziemy wiecznie żyć w błędnym kole kulejących i chorych relacji międzyludzkich, których przyczyną jest w zdecydowanej większości nieszczęśliwe dzieciństwo.

Po nieudanych próbach nakłonienia mojej ciężarnej znajomej do usunięcia ciąży, spotkałem się z nią. Przyszła na spotkanie bardzo niepewna, bojąc się, że znów będę ją namawiać do tego samego. Z dwóch powodów nie zamierzałem tego robić. Po pierwsze, wiedziałem że minęło już zbyt dużo czasu (ok. 10 tygodni) i na tym etapie sam nie jestem zwolennikiem aborcji. Po drugie, po kilku rozmowach, które przeprowadziliśmy na ten temat wcześniej, zrozumiałem jak bardzo – wręcz rozpaczliwie – chce ona tego dziecka. Dla pełniejszego wyjaśnienia mojego podejścia, powinienem nieco lepiej scharakteryzować bohaterkę całego „zamieszania”. Opisywałem ją już raz w jednym z wpisów, tuż po tym jak się poznaliśmy. Chcąc uniknąć ewentualnego zidentyfikowania jej (choćby przez nią samą, gdyby tu kiedyś przypadkowo trafiła), nie przytoczę w tym miejscu konkretnego wpisu. Powiem tylko, że jest niezwykle ciepłą, wrażliwą, bardzo inteligentną ale zarazem dziewczęco delikatną, osobą. Dość nieufna wobec większości ludzi, sceptycznie nastawiona do facetów (jeden dłuższy i zarazem nieudany związek w przeszłości), zaskakująco szybko dla samej siebie otworzyła się emocjonalnie przede mną. Niedoświadczona w kwestiach damsko-męskich, uroczo wstydziła się tego w relacji ze mną i pierwszy raz w życiu zaznała kilku przyjemności z tej sfery. To wszystko razem sprawiło, że bardzo szybko i tak mocno, jak tylko może to zrobić osoba o niewielkim bagażu negatywnych doświadczeń, zarazem obdarzona dość rzadką w dzisiejszych czasach ufnością, zaangażowała się. Ewentualny sceptycyzm i lekceważące niedowierzanie osób, które same nie są do tego zdolne, ani nigdy tego nie doświadczyły, w niczym tego faktu nie zmieniają. Zaangażowała się tym mocniej, że od dawna czuła się bardzo samotna. Nie tylko na skutek braku faceta, ale w dużej mierze na skutek bardzo chłodnych relacji z rodzicami. Jeśli zestawi się to z jej ogromną wrażliwością, nietrudno zrozumieć z jaką siłą weszła emocjonalnie w coś, co pierwszy raz w życiu pokazało jej kilka – naturalnych dla osób o udanych relacjach z rodzicami – rzeczy. Takich jak czułość, ciepło, opiekuńczość. Do tego pierwszy raz udany i satysfakcjonujący seks. Efekt nietrudno przewidzieć.

Zajście w ciążę zbiegło się w czasie z tym, że zdała sobie sprawę z dysproporcji w naszym obustronnym zaangażowaniu w tę znajomość. Ona pokochała mnie najgłębszą i czekającą od dawna na odpowiedni moment do obdarzenia nią kogoś, miłością. Ja bardzo ją polubiłem. Tylko polubiłem. Uświadomiwszy to sobie, kurczowo uczepiła się tej cząstki mnie, która zaczęła żyć w niej i niemal rozpaczliwie zaczęła jej pragnąć. Do tego stopnia, że w jednej z naszych wcześniejszych rozmów na ten temat, wyczuwając i słysząc moje intencje, była dla mnie bardzo niemiła. Dała mi bardzo wyraźnie do zrozumienia, że zamierza ochronić tę ciążę m.in. dlatego, że ma ją ze mną, ale jest gotowa to zrobić nawet kosztem naszej dalszej znajomości. Później przeprosiła mnie za oschłą formę, w jakiej mi to zakomunikowała, ale zdania nie zmieniła. Zorientowałem się jednak w jeszcze jednej rzeczy. Zdałem sobie sprawę, że w całej tej sytuacji – straciwszy mnie, a wręcz będąc pod negatywną presją z mojej strony, kochając mnie nadal, ale czując do mnie zarazem ogromny żal z powodu mojej reakcji na coś, czego sama tak bardzo chciała i co było owocem naszej bliskości – czuła się potwornie samotnie. Niewyobrażalnie wręcz.

Spotkaliśmy się więc, gdy na jakiekolwiek „interwencje” było już za późno, a ja nie tylko pogodziłem się z istniejącym stanem rzeczy, ale będąc też pod sporym wrażeniem jej oddania i zaangażowania w obronę tej ciąży (także przede mną), chciałem jej coś ważnego zakomunikować. Wiedziałem, że w związku z moimi próbami nakłonienia jej do usunięcia, uznała że jestem jej przeciwnikiem, zagrożeniem dla „jej” dziecka i że nie ma co na mnie liczyć po jego narodzeniu. Powtarzam: uznała tak. Mając świadomość tego wszystkiego, chciałem po prostu, najzwyczajniej w świecie dowiedzieć się jak się czuje, zobaczyć ją i poinformować ją, że jeśli urodzi to dziecko, chciałbym je uznać i współwychowywać. Etap rozmawiania o ewentualnym usunięciu ciąży, już się dla mnie definitywnie skończył. Trzeba się było odnaleźć w nowej sytuacji, w sytuacji faktów dokonanych.

Wyglądała bardzo źle. Nie brzydko, tylko słabo. Okazało się, że ma złe wyniki badań i lekarz ostrzegł ją, że może nie udać się uratować tej ciąży. Od pewnego czasu przyjmowała leki na jej podtrzymanie, ale mimo wszystko czuła się coraz gorzej i kilkukrotnie miała już bolesne i niepokojące krwawienia. Zdążyła być w tym stanie przez tydzień w szpitalu, o czym nie wiedziałem wcześniej, bo nie mieliśmy przez jakiś czas kontaktu. Słuchałem tego wszystkiego z autentycznym smutkiem. Po prostu było mi przykro. Bardzo przykro. Także wtedy, gdy patrząc na jej wychudzoną, wycieńczoną i smutną twarz, zdałem sobie sprawę jak bardzo jest słaba i jak bardzo prawdopodobne staje się to, czego jeszcze niedawno bardzo chciałem, a teraz nie byłem już tak bardzo przekonany. To, że nie donosi tej ciąży...

loneliness

sobota, 05 lutego 2011
O kobietach i mężczyznach, życiowych wyborach i o nieprzewidywalności zdarzeń...

Jednym z częściej wymienianych oczekiwań większości ludzi wobec osoby, która miałaby być ich potencjalnym partnerem życiowym, jest jej zaangażowanie. Prawie każdy chciałby być kochany. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że u wielu osób jest to silniejsza potrzeba, niż ich własne zaangażowanie. Mówiąc wprost, wielu ludzi czuje się bardzo samotnie, boi się tej samotności i bardzo chce poczuć czyjąś miłość. Najlepiej bezwarunkową i bezgraniczną. W relacji ludzi dorosłych, dojrzałych, o zdrowych, czyli posiadających sprawnie działające mechanizmy obronne, psychikach – jest to oczywiście mit i mało realistyczne oczekiwanie. Pomijając relacje i więzy rodzinne, które są pod względem „odporności” na nieodpowiednie zachowania dużo bardziej wytrzymałe, zdrowa relacja nie powinna być nigdy i nie jest bezwarunkowa. Oznaczałoby to bowiem akceptowanie różnych toksycznych zachowań i sytuacji (jak bezwarunkowa, to bezwarunkowa). Tymczasem zdrową i niezbędną dla utrzymania zdrowej higieny psychicznej, granicą tolerancji wobec drugiego człowieka, powinny być właśnie owe ewentualne toksyczne zachowania. Toksyczne wobec partnera(-ki), świadczące o braku szacunku, o braku zaangażowania, o nieliczeniu się z nim/nią, o nielojalności, a w dalszej perspektywie – grożące nasilaniem się tych wszystkich rzeczy. Po ich zauważeniu, zwłaszcza w warunkach „recydywy”, osoba o dojrzałej i asertywnej psychice, powinna umieć zachować się zdrowo egoistycznie, czyli – w zależności od kalibru „przewinienia” – albo otwarcie powiedzieć o niewłaściwości czyjegoś czynu (jeśli było to coś, co mogło wynikać z niewiedzy, nieporozumienia), albo zareagować bardziej stanowczo (pokazując niezrównoważonemu lub bezmyślnemu partnerowi, coś w rodzaju „żółtej kartki”), albo powinna umieć z miejsca zakończyć taką znajomość (jeśli ktoś przekroczył wszelkie akceptowalne w cywilizowanym świecie granice, do których należy np. naruszenie nietykalności i przemoc). Brak adekwatnej reakcji będzie skutkować wyłącznie tym, że druga strona, która najwyraźniej albo nie ma wykształconych odpowiednich mechanizmów samokontroli, albo po prostu jej nie zależy tak jak powinno, będzie swoje destrukcyjne zachowania powtarzać i nasilać. Im później zareagujemy, tym mniejsze szanse na pozytywny efekt wychowawczy. Choć właściwie powinienem ująć to inaczej: późna reakcja wyklucza jakikolwiek efekt wychowawczy, a jedyna szansa na pozytywny rozwój wydarzeń istnieje przy reakcji natychmiastowej lub co najmniej – bardzo szybkiej. Zazdrośnik, który zobaczy, że jego zaborczość trafia na podatny grunt, nie zrozumie, że będąc w związku, ma do czynienia z wolną osobą, której nie ma prawa niczego zabraniać, kontrolować i źle jej traktować. Tym bardziej, jeśli ma to miejsce z powodu własnej niepewności. A wystarczy jedna taka – w założeniu przemilczana „dla świętego spokoju” – sytuacja, żeby ktoś o tendencjach do robienia scen zazdrości, uznał że ma do tego prawo. Toksyczne zachowania należy pacyfikować w zarodku, albo bezwzględnie ucinać znajomość z ich autorami. Jak już wspominałem we wcześniejszych wpisach: im wcześniej, tym mniej boli. A boleć i tak jakoś tam będzie, trzeba się z tym liczyć. Tyle tylko, że coś co w początkowym stadium zaboli trochę, w przypadku braku odpowiedniej reakcji – w późniejszym etapie – będzie boleć bardzo.

Co mają zrobić osoby, które są zbyt słabe, aby zareagować w porę i z odpowiednią stanowczością? Niestety muszą się liczyć z tym, że nawet drobne i pozornie niegroźne zachowania, które sprawiły im jakąś przykrość na początku znajomości, z czasem się nasilą i będą dla nich jeszcze bardziej przykre. Oczywiście, każdy ma różną granicę wytrzymałości i tolerancji na ból, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Tyle tylko, że związek to nie wizyta u dentysty, w czasie której ktoś bardziej odporny może się przemęczyć godzinę lub dwie, po czym wszystko się skończy. W związku, w którym u jednej ze stron istnieją zachowania toksyczne (nawet takie, które początkowo mogą – zdaniem niektórych –  wyglądać całkiem niewinnie, jak np. niesłowność, nieliczenie się z czyimś czasem, zdaniem itd.), będą się one coraz bardziej nasilać, a ból jaki wywołują nie tylko nie ustąpi, ale będzie się z czasem potęgować. U większości osób, nawet tych pokornych i pozbawionych asertywności, prędzej czy później osiągnie on takie natężenie, że przekroczy ich indywidualny poziom tolerancji. Wtedy może dojść do jakiejś tragedii lub – jak dobrze pójdzie – do poważnego kryzysu i przesilenia, który w nieprzyjemnych okolicznościach da ujście nagromadzonym emocjom i ciśnieniu.

Rzecz dotyczy niemałej liczby osób, zwłaszcza kobiet. Abstrahując od wyemancypowanych feministek, większość przedstawicielek płci pięknej, mniej lub bardziej świadomie, poszukuje partnera, który będzie dla nich oparciem, da im stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. Jednym słowem, takiego który będzie silny. Problem polega niestety na tym, że bardzo często z ową poszukiwaną i pożądaną siłą u mężczyzny, są mylone zachowania, które tylko pozornie na nią wyglądają, ale w gruncie rzeczy nie tylko nią nie są, ale wręcz są symptomem jej braku. Zachowania te, to głównie impulsywność, gwałtowność, nerwowość (zarówno w sposobie mówienia, jak i w zachowaniu), przejawiające się przede wszystkim w braku panowania nad sobą w różnych sytuacjach. O skłonności do używania siły i przemocy w zasadzie nie powinienem nawet wspominać, ale wciąż mnie zdumiewa, jak wiele kobiet toleruje tego typu zachowania u swoich wybranków. Owszem, zazwyczaj najpierw mają one miejsce wyłącznie wobec osób trzecich (co ciekawe – zazwyczaj wobec słabszych) lub zwierząt, ale nawet jeśli nie miałyby nigdy obrócić się przeciwko „osobie pierwszej” (czyli danej kobiecie) to i tak świadczą o sile osobowości i charakterze danego faceta tak nikczemnie, że już po pierwszym tego typu „potknięciu” powinna u każdej, choć odrobinę myślącej kobiety, zapalić się lampka ostrzegawcza. O ile nie powinna nastąpić natychmiastowa dyskwalifikacja delikwenta. Kobietom myślącym i dojrzałym, nie trzeba tego tłumaczyć, ale dla wszystkich innych napiszę: naprawdę silny facet, to nie facet, którego wszystko denerwuje, który w każdym i we wszystkim widzi zagrożenie, ani taki któremu niewiele trzeba aby przejść do rękoczynów. Silny facet, to facet opanowany. Stanowczy kiedy trzeba, zdecydowany gdy należy, ale ani nie oschły, ani nie oziębły, ani nie pozbawiony wrażliwości, ani – tym bardziej – nie brutalny. Silny facet nie wykorzystuje swojej przewagi nad innymi, niczego nikomu nie musi udowadniać, ani nie nadużywa siły, którą posiada. Wręcz przeciwnie. Słabsi wywołują w nim raczej instynkty opiekuńcze lub pobłażliwość – jeśli próbują z nim rywalizować. Na nikim się nie wyżywa i nikogo nie gnębi. Ani psychicznie, ani fizycznie. Siła fizyczna służy mu tylko do rzeczy konstruktywnych, do budowania czegoś i do pomagania słabszym. A przemoc w jego świecie nie istnieje. Jedynym jej uzasadnieniem dla niego jest sytuacja, w której należy komuś pomóc, obronić kogoś, ewentualnie w ostateczności – obronić siebie (choć tutaj rozsądniej często jest po prostu uniknąć konfrontacji i nie ryzykować ewentualnych jej konsekwencji, np. zrobienia komuś krzywdy).

Instynktownie to wszystko wyczuwając, wiele kobiet m.in. z tego powodu tak lubi stabilność emocjonalną i wewnętrzny spokój u facetów (nie mylić z brakiem temperamentu i nudnym usposobieniem). Być może dlatego spotkawszy faceta, który – zwłaszcza gdy miały już jakieś doświadczenia przeciwnej natury – daje im się poznać jako ktoś właśnie taki, jak w powyższym opisie, tak łatwo i szybko się angażują. Dlatego również, wśród wielu cech, na które kobiety dość szybko zwracają uwagę poznając mężczyznę, jest jego... głos. Niski, spokojny, ciepły głos właśnie dlatego jest przez nie tak lubiany i tak pobudza ich wyobraźnię, że kojarzy im się z tymi wszystkimi, wspomnianymi wcześniej cechami charakteru. Może m.in. dlatego mój „tekst zapoznawczy” tak dobrze działa... :)

Głos i sposób mówienia – mimo, że często faktycznie dużo mówią o usposobieniu i charakterze danej osoby – czasem jednak również bywają mylące. Dlatego pewnych przesłanek i informacji nie da się poznać inaczej, niż tylko poznając kogoś i wchodząc z nim w bliższą relację. Warto to jednak robić z głową i nie pozwalać aby stała się ona zbyt bliska, jeśli zauważymy w czyimś zachowaniu niepokojące symptomy. Dotyczy to oczywiście płci obojga.

Z lektury mojego pamiętnika nietrudno dostrzec, że kilka razy zdarzyło mi się być obiektem pozytywnej selekcji ze strony kobiet, które najwyraźniej dostrzegły we mnie – często na dość wczesnych etapach znajomości – kilka poszukiwanych przez siebie cech. Nie będę udawał fałszywej skromności i nie zamierzam w tym miejscu tego kwestionować, niemniej jednak – jak już wielokrotnie wspominałem – wśród posiadanych przeze mnie cech, oprócz tych obiektywnie lubianych, znajdują się też takie, które czynią mnie dla większości kobiet kompletnie nieprzydatnym z punktu widzenia ewentualnej bliższej relacji, a dla niektórych – przydatnym tylko na chwilę. Te cechy to oczywiście mój idealizm, wybredność i konsekwencja w poszukiwaniu relacji, którą chcę znaleźć. Zazwyczaj to do mnie należy ostatnie słowo, w kwestii kontynuowania lub niekontynuowania znajomości z zainteresowanymi mną dziewczynami. I zazwyczaj, prędzej czy później, jest to decyzja mniej lub bardziej delikatnie te znajomości kończąca. Wygląda jednak na to, że ktoś postanowił jakąś jej część podjąć za mnie i wbrew mnie. I chyba nic na to nie będę w stanie poradzić.

Jak szczerość, to szczerość. Jedna z moich byłych dziewczyn/kochanek, z którą przez pewien czas sypiałem w drugiej połowie ubiegłego roku (do momentu zbliżenia się do „90% ideału”), jest ze mną... w ciąży. Dowiedziałem się o tym już kilka tygodni temu, ale najpierw w to nie wierzyłem – brała tabletki antykoncepcyjne – potem byłem zirytowany i prowadziłem z nią poważne rozmowy, zmierzające do usunięcia tej ciąży (nie jestem wielkim fanem aborcji, ale w niektórych sytuacjach uważam ją za optymalne rozwiązanie i nie chce mi się teraz prowadzić dysput światopoglądowych w tym zakresie). Odmówiła. Zrobiła to bardzo spokojnie, ale stanowczo. Na moje próby wyperswadowania jej tego i uświadomienia jej, że ciąża nie jest w stanie sprawić, że będę z kimkolwiek, wyjaśniła mi, że nie zamierza mnie do niczego zmuszać i jeśli nie będę chciał, nigdy nie będę musiał ani uznawać tego dziecka, ani z nią być. Dodała, że uszanuje każdą moją decyzję w tej materii, ale sama jest pewna dwóch rzeczy. Tego, że chce tego dziecka i że chce go tak bardzo dlatego, że pokochała człowieka, który będzie jego ojcem. I choćby on nie chciał z nią być, to niczego w jej uczuciach nie zmieni. A zarazem powoduje to, że nie wyobraża sobie pozbycia się jego dziecka...

babyface

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12